Rozmowy przy odśnieżaniu trasy. Część XXXVI

„Ja wiem…? Po tym, co mi o tych specjalnych kiedyś mówiłeś to nie wiem, czy chciałbym jeździć…” – powiedział dość prowokującym tonem etatowiec. Andrzej odwrócił się do niego nagle – „A niby czemu?”. Wyraz twarzy Grześka po tej reakcji kolega zdawał się mówić tylko jedno – mam cię, gadzino, złapałeś się jak ryba na haczyk bez niczego! „Jak to dlaczego? Taka zabawa, że nie wiem, czy byłbym w tym wszystkim w stanie jeszcze patrzeć, gdzie jadę i po czym jadę!” – odparł. „No, chyba, że tak… Ale jak tak, to ja do kabiny do ciebie więcej nie wchodzę, skoro masz tak niepodzielną uwagę!” „Nie no, jednego jestem w stanie opanować…” „Jednego, to i więcej dasz radę.” „Dwóch też już wiozłem.” „No…” „Ale nie cały tramwaj w kabinie!” „No dobra, spokojnie…” – powiedział, zwalniając coraz bardziej bieg całego składu zasilak – „Zazwyczaj gada z tobą dwóch, w dodatku nie jeden przez drugiego, tylko obaj o tym samym… A poza tym, jak sobie dobrze ustawisz lusterko w środku – to nie musisz odrywać wzroku z przedniej szyby, żeby nad tym zapanować.” „Skoro tak mówisz…” „No, panie dziejku… Praktyka. Mimo całej niechęci biura, bo najczęściej społecznie.” – odparł, znów minimalnie przyciągając szczęki, ale wydało się, że ciężar Stopiątki wykorzystał ten fakt i pług-pchacz minimalnie zaczął wchodzić w poślizg. „Oj, nieładnie sobie pogrywasz, mała…” – powiedział Andrzej i natychmiast całkiem zwolnił hamulec ręczny, odpuszczając kontakt hamowania. Wóz znowu się toczył, w związku z czym dwa kontakty więcej, ręczny podregulować, o jeden ząbek przyciągnąć… I bez problemu sunęli, mijając za oknami przystanek przy Osiedlu Paryż. „Znowu tutaj…” – skwitował Grzesiek. Andrzej tylko patrzył za okno.

A za oknem – jak to za oknem. Droga, zaśnieżona, drzewa – gołe, otulone białym puchem. Ciemność, przez którą przelewało się światło latarni. Po prawej – działki, po lewej – jakieś pole, za tym polem, w tle – Bobrek, albo inna Kuźnica Rudzka. Horyzont, a przed nim pojedyncze, jakby jeszcze nie śpiące, ale powoli układające się do snu światła w domach i nigdy nie gasnące czerwone lampy na kominach, chroniące przed trafieniem na nie wszelkie obiekty latające. Panorama dzielnic, jakich w codzienności nie ma szans takimi ujrzeć, gdzieś stąd, z drogi – wyglądała magicznie. Która to już taka zima, że nocną porą Andrzej ogląda tę panoramę prowadząc wóz? I która zima, że patrząc gdzieś tam w dal liczy na to, że może kiedyś będzie taką oglądał całkiem w cywilu i nie sam, a z kimś, z kim nie tylko jedną noc przyjdzie dzielić? Marzenia marzeniami, ale pewną nockę, i to wcale nie tak daleko od tego miejsca pamiętał do tej pory i zanosiło się, że raczej nie zapomni. Noc przełomu lat. I noc, której skutki zadecydowały w znacznej mierze o kształcie jego dalszego życia, całego, cokolwiek nie zawodowego o którym wtedy, w ogólniaku będąc, nie myślał w innych kategoriach niż hipotetycznych. Andrzejowi przeszły przez myśl dwa wersy z piosenek – „Nie powtórzy się, co było – inny dziś w kominach wiatr…”, po czym zaraz „Nothing really matters to me… Anyway the wind blows…”. Różne, zupełnie inne brzegi muzyczne – i nagle tutaj koło siebie.

Zasilaka z tej radosnej obserwacji zaoknia wyrwał dopiero dość wybity styk, na którym pług zakołysał się na boki. Dołożył jeszcze dwa kontakty hamowania i popatrzył przed siebie, do spychanej Stopiątki. „Grzesiek…” – zaczął – „Czy ja się mylę, czy ten kretyn bawi się komórką…?”

Dodaj komentarz