List do K.
Zbierałem się do napisania czegokolwiek, zastanawiałem się, czy nie będzie właśnie o tę jedną rzecz za dużo… I w sumie „bardziej” będzie o tą jedną rzecz za mało, jeżeli nie napiszę.
Nie pamiętam, co poczułem, gdy odebrałem wiadomość od Piotrka. Czy myślałem, że to jakiś makabryczny żart? A może ktoś puścił taką famę? Może… Nie, nie ma żadnego – „może”. To się po prostu stało. I jedno, jedyne pewne uczucie, które z tamtej chwili pamiętam – potworny wstyd, że jeszcze w ten sam dzień zalałem dziób i bawiłem się w najlepsze, kompletnie nieświadomy tego, że Ciebie zabrakło.
Zabrakło Ciebie. Za wcześnie? Nie, nie za wcześnie. Żadna pora by nie była dobra. Przecież dla nikogo, nawet największej szumowiny nie ma czegoś takiego, jak dobra pora na odejście, na tę podróż na drugi brzeg.
Zabrakło Ciebie. Niespodziewanie, wszystko przecież miałeś przed sobą. Ledwie niby przedwczoraj posyłałem życzenia z okazji piętnastych urodzin, niby wczoraj „debiutowałeś” na dniu otwartym w Będzinie. Znałem Cię tylko ze strony miłośniczej i klubowej zarazem, krótko – ale i nawet w tej dziedzinie wszystko miałeś przed sobą. Niejedną osobę widziałem, jak stawia swoje „pierwsze kroki” na pokładzie historycznego wozu – i zaskoczyłeś mnie pozytywnie od razu. Nie udawałeś, że wszystko wiesz, chciałeś, by robić, co do Ciebie należało jak najlepiej – i wolałeś zadać sto pytań, niż z braku któregoś popełnić jeden błąd. Zależało Ci tak na porządnym działaniu, jak i na prezencji. Rzadkość. A teraz jeszcze większa…
Zabrakło Ciebie. Zabrakło w sposób gwałtowny, wśród tego, co kochałeś. To jeszcze trudniej sobie uzmysłowić, jeszcze trudniej próbować pogodzić się z tym, że Ciebie straciliśmy wiedząc, że zdarzyło się to na żelaznym szlaku.
Co Ci więcej napisać? Jesteś już po tej drugiej stronie, więc wiesz wszystko, co mówiłem i myślałem. Jeśli tylko masz taką potrzebę – możesz wiedzieć, co myślę i co piszę. Reszta niech zostanie gdzieś w sferze myśli. Mnie każde słowa wydają się teraz niestosowne, ale milczeć też nie sposób…
Do widzenia. Kiedyś, gdzieś…