Listo-pad
Za oknami o dziwo – nawet i pojaśniało, ociepliło się, płaszcz szybciej, niż trafił na grzbiet – wrócił na wieszak i chyba zaczyna zaprzyjaźniać się z kurzem, mimo tego, że systematycznie go od niego odpędzam (tylko po to, żeby z czystym sumieniem móc założyć lżejszą katanę). Poleciały tylko liście z drzew, taką ilością, że będzińska Karolinka podczas gościnnych występów na Piekarskiej wykonywała jeden wielki, kontrolowany poślizg, a motorowi na niektórych liniach szybko zaczęli improwizować piasecznice z węży od odkurzaczy i lejków z poobcinanych butelek. Liście poleciały i lecą niezbyt rychliwie. Ot, zaczął się miesiąc, który w samej swojej nazwie to przewidział – listopad.
Zaczął się jakoś tak niespodziewanie, niezbyt wyraźnie. Pewnie gdyby nie to, że jego pierwszy dzień ma solidnie przypisane znaczenie w tradycji kraju nad Wisłą, nawet bym tego nie zauważył. A tak – wiadomo, wydłużył się weekend, wypadło odwiedzić kilka grobów. Kilka – tych najbliższych, geograficznie. Nawet nie wiem, czy pisałbym się na rodzinną ekskursję w kierunku tych dalszych. Trudno wyczuć – ale podejrzewam, że nie. Podstawą powinna być (co powtarzam do znudzenia co roku, bo i dla mnie jest) – pamięć. Nie ta świeża jak kopczyk ziemi usypany przy pochówku albo błyszczący jeszcze kamień nagrobny. Nie – to, co zostaje najdłużej. Pod tym względem nie mam sobie, jak rzadko kiedy, nic do zarzucenia.
Zarzuciłbym sobie, że nic nie piszę. Nie piszę, bo – bądźmy szczerzy – ostatnimi czasy nie bardzo miałem na to czas. Z czegoś trzeba było, niestety, zrezygnować, wybór padł niestety – na bloga. Nie mam też już takiej do tego pary, jak przed siedmioma (!) laty, gdy zaczynałem zabawę z taką formą aktywności w sieci. W zasadzie – od tamtej pory zmieniło się tak wiele, że ciężko wyliczyć. A zmienia się coraz więcej – ostatnie tygodnie przyniosły dwa, można z czystym sumieniem powiedzieć, milowe kroki. Jeden – dla, nazwijmy to tak, kariery i rozwoju osobistego. Drugi – dla sfery dużo bardziej delikatnej i subtelnej (kto ma wiedzieć, ten wie – i sza!). Rok 2011 mimo wszystko wydaje się, że zostanie zapisany w takiej małej, prywatnej kronice jako przełomowy. Wydaje się – ale nie mówię nic twierdzącego, trochę go jeszcze zostało do końca, lepiej nie zapeszać…
Znów włącza mi się instynkt podróżniczy. Po głowie chodzą różne potencjalne kierunki odwiedzin, jak do tej pory nie mam pojęcia, który z nich okaże się wiążący – i czy w ogóle. Jeśli nie w zbliżający się wraz z kolejnym świętem długi weekend może się okazać, że podróże odwieszę znowu na hak… Ale – zaledwie „może”!
13/11/2011 @ 12:44
Widziałem na “twarzoksiązce”, że podróże się odbyły i były udane
13/11/2011 @ 13:39
Wzmianka o tym się tworzy.
23/11/2011 @ 23:08
Niestety pokasowałem wszystkie dane kontaktowe, więc napiszę tutaj…
Niesamowite jest to jak na jedną sprawę można spoglądać z różnych stron. Każdy widzi, bądź chce widzieć, zupełnie co innego. Spogląda przez pryzmat niechęci, niewiedzy… Własnych przekonań a może braku sumienia? Nieważne. Każdy w życiu powinien dostać szanse chociażby po to, żeby zatrzymać się na chwilę i zrobić rachunek sumienia. W końcu The show must go on, bez względu na to co się stało, prawda? Jutro mamy okrągłą rocznice śmierci człowieka, który w dużym stopniu stworzył ścieżkę dźwiękową do Twojego życia, więc może warto usiąść i wsłuchać się w jego słowa, zastanawiając się nad życiem, mając jednego wroga mniej. Uszanować jego pamięć w ten sposób. Doszedłem do wniosku, bądź podpowiedział mi to wczoraj Freddie, że mszczą się słabi, nie warto. Ale warto pamiętać, ze show może się skończyć w każdej chwili. Dlatego zaciśnięte pięści wolę zamienić na wyciągniętą dłoń. Mnie nie musisz już wymijać na ulicy, czasu nikt nie cofnie, ale masz szansę zastanowienia się nad tym kto w tym wszystkim stał po złej, a kto po dobrej stronie – „Sometimes I feel nobody gives me no warning Find my head is always up in the clouds in a dreamworld”.
To ty wybierasz ludzi którymi się otaczasz, przyzwalając tym samym na traktowanie Cię na równi z nimi, i nie ważne czy jest to krakowski bi-dziwkarz, czy osiemnastoletnia kurwa będąca genialną aktorką – W przyjaźniach i znajomościach stajesz się współwinnym jak przy popełnieniu zbrodni. Pamiętaj też, że niekiedy warto oberwać za kogoś kto obrywał kiedyś za Ciebie, choć nawet nie zdajesz sobie o tym sprawy, niż milczeć i patrzeć na wszystko w ciszy z boku. Może czas wszystko zmieni i przed tą czterdziestką wbije na tę zapowiedzianą stypę… Tymczasem uczcij pamięć Freddiego, z jednym wrogiem mniej. Niesmak pozostanie, ale sumienie jakieś czystsze…
Nie warto z byłego przyjaciela robić wroga, dlatego lepiej żeby był nikim, był tą białą kartką, którą czas zapisze na nowo… nie spieprz tego
26/11/2011 @ 12:59
@JHG: Jest jeszcze do dyspozycji kontakt przez Facebooka, więc jakby co – to tam pisz.
26/11/2011 @ 13:07
Ja nie mam i nie używam, w sumie może mam, ale nie wchodze.